Blog > Komentarze do wpisu

Prawo do kupy gruzu

 

Media rozwodzące się nad krzywdami właścicieli nieruchomości, dotkniętych dekretem Bieruta, uprawiają historyczny surrealizm.

Proszę sobie wyobrazić lewobrzezną Warszawę po 17. stycznia 1945 roku. Jeśli nie starczy wyobraźni, dostępne są zdjęcia, filmy. Lewobrzeżna Warszawa nie została aż w 97 procentach zniszczona na skutek bombardowań w 1939 roku, lecz w wyniku umyślnego i metodycznego wysadzania w powietrze przez Wehrmacht budynków, palenia ich miotaczami płomieni, podpalania benzyną wlewaną do piwnic po powstaniu warszawskim w 1944 r.

Do opowieści wojennych mojej Matki należy i ta: „Wróciłam w lutym 1945 r. przez most pontonowy do Śródmieścia i niczego nie poznałam. Wspinałam się wśród księżycowego krajobrazu po górach gruzu, grozę potęgował jeszcze wiatr wygrywający swe upiorne melodie na powiewających na wietrze rynnach i blachach. Na przejście odcinka, na ktory przedtem potrzebowałam kwadransu, teraz trzeba było z półtorej godziny. “

W takiej właśnie rzeczywistości wydany został tzw. dekret Bieruta.

Do Warszawy wracali ocaleni Warszawiacy,

ze wszystkich stron przybywać zaczeli więźniowie obozów jenieckich, koncentracyjmych, repatrianci z różnych stron świata.

Oni wszyscy chcieli mieszkać. Również w Warszawie.

Dekret Bieruta i tzw. „kwaterunek“ były koniecznością.

Pokrzywdzeni właściciele wysadzonych w powietrze bądź spalonych budynków powinni zwrócić sie po odszkodowanie do sukcesorów sprawców zniszczeń.

Nie będąc fanką Braci Kaczyńskich, obiektywnie muszę stwierdzić, że ich warszaweki „rachunek“ skierowany był pod właściwy adres.

Po wojnie miasto trzeba było na nowo zagospodarować. Znodernizować. Poszerzyć wąskie ulice. Mimo rekonstrukcji w wielu miejscach zmienił się zupełnie plan zabudowy.

Odbudowę finansowało całe społeczeństwo. Z podatków, z dopłat do pocztówek, z darowizn / patrz zbiory Biblioteki Czasopism, UW/.  I tak za społeczne pieniądze zrekonstruowano zabytkowe ciągi ulic, a nawet pałace, które teraz bez żenady odbierają lub chcą odebrać miastu np. Potoccy czy Braniccy, potomkowie magnackich rodzin, których podpisy zdobią konfederacje targowicką.

Po inne zabytki warszawskie wyciągał także chciwy pazur kościół katolicki.

Za zaniedbanie uregulowania tych warszawskich spraw winę ponosi  zarówno tzw. „komuna“  jak I „poprzełomowa“ władza. Zabrakło odwagi.  Kolejne rządy – i to wszelkiej maści - pozostawiały problem w zamrażarce. Restytucja kapitalizmu w Polsce obudziła apetyty. I teraz klops.

Konieczność zakwaterowania milionów bezdomnych przesiedleńców ze wschodu występowała również w RFN, gdzie wprowadzono w 1953 r.  kwaterunek /Wohnraumbewirtschaftung/, który od 1966 do 1972 r. był stopniowo likwidowany.

Zamiast pokorzystać z cudzych doświadczeń, przyjrzeć się innym krajom, np. pragmatycznej reprywatyzacji po zjednoczeniu Niemiec, i nie odkrywać Ameryki na nowo, w Polsce dopuszczono do chaotycznych uwłaszczeń „iure curialis“.

Gdyby władza zdobyła się na odwagę wcześniej, byłoby już po sprawie. Ostatecznie przeciez społeczeństwo przełknęło tez reforme Balcerowicza.

A tak to każdy kolejny rząd wzdragał się przed żabą, którą powinien był zjeść.

Niestety poza skąpą informacją w Wyborczej nie znam szczegółów projektu ustawy. Radziłabym jednak uważać z wiarygodnością opisów przedmiotów roszczeń. W wielu dzielnicach Warszawy budynki były prymitywnymi chałupkami /np. peryferie Pragi, Czerniaków, peryferie Ochoty/. Kamienice często w stylu tych na Brzeskiej, Stalowej, Grochowskiej, bez wygód.

W RFN po podsumowaniu wypłat odszkodowań z tytułu tzw. „Lastenausgleich“ /odszkodowanie z straty z tytułu wysiedleń/ okazało się, że w całych Niemczech nie było tylu krów, co utracono w Prusach Wschodnich, a chałupki  przeistoczyły się w okazałe dwory.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że szeroko pojęta lewica nie stchórzy i nie przegapi sprawy.

Więcej: europejka.blox.pl, TOK FM

 



niedziela, 01 lipca 2012, majs19
majs19

Polecane wpisy

„Europejka“. Tytuł tego blogu dla czytelnika może zabrzmieć nieco megalomańsko, ale zastanawiając się nad swymi korzeniami wyobraziłam sobie przez moment mapę Europy. Od Wisły po Ren, az do Mozy. I miejsce, z którym związana jestem najbardziej: Jeżeli narysujemy linie proste lączace ze sobą przeciwległe krańce Polski, miejsce ich przecięcia znajdzie sie na Kujawach. Na wsi kujawskiej, z której pochodzi moja Matka, spędziłam u Babci wiekszość dzieciństwa do momentu pójścia do szkoły. W regionie chłopskim, niepańszczyźnianym, sięgajacym swą historią wczesnego średniowiecza. Na wsi antyszlacheckiej, dość antyklerykalnej, wsi chłopów osadzonych w swej wielosetletniej tradycji wolnych gospodarzy. Nie było tu wielkich majątków ziemskich, a dziedziców postrzegano jako warstwę niezasłużenie zadzierającą nosa, jako miernych rolników i dręczycieli gnieżdżących sie w nędznych ośmiorakach fornali. Na wsi kujawskiej spędziłam u Babci większość dzieciństwa do momentu pójścia do szkoły. Ze względu na przodków mam prawo przyznawać się do trzech narodowości. Kulturowo do dwóch, albowiem do momentu podjęcia studiów w Polsce przebywałam na emigracji. W domu "szalała Polska", w szkole natomiast zaprzyjaźniałam się z językiem kraju niedawnego wroga. Ze strony Ojca wywodzę się z mieszczańskiej niemiecko-holenderskiej rodziny. Dlatego Wisła, Ren i Moza. Jestem Polką, bo tak mi się podoba.